Regulamin

1. Jest to blog o tematyce Durarara. Jak nie lubisz w prawym górnym rogu jest czerwony krzyżyk - wciśnij go.
2. Każdy rozdział jest mój, oryginalnie pisany. Nie kopiuje i nie plagiatuje innych blogów.
3. Generalnie tematyka jest hetero (MxK) ale może pojawić się również tematyka homo (MxM) lub (KxK). Nie czepiać się. Ostrzegałam.
4. Nie spamować. Nie wklejać linków w komentarzach.
5. Nie przeklinać w komentarzach i nie obrażać nikogo.
6. Krytyka mile widziana ale nie chamska.

wtorek, 25 września 2012

Rozdział XIII

Aki była na skraju zemdlenia. Kaida jak powiedział przychodził co pół godziny i obliczyła, że zostało jej jakieś cztery godziny życia. Była z siebie dumna, że jeszcze nie zemdlała, a tym bardziej że jeszcze nic im nie powiedziała. Straciła już wiarę na ratunek więc trzymała się jednej myśli, która pozwalała jej jeszcze funkcjonować: zabiorę ze sobą wszystkie informacje do piachu. Może nie było to za bardzo podnoszące na duchu, ale dawało jej w jakiś sposób kopa. Po drugie satysfakcjonowało ją to, że jak umrze to Kasuka nie dopnie swego. To też dawało jej siły. Martwiła się co stanie się z Akaim. Ale Shizuo na pewno się nim zajmie. Czy Mikado ujawni Izayi, że była zieloną? Chyba byłoby to nawet pocieszające, żeby się dowiedział. Już sobie wyobrażała jaką minę zrobi kiedy dowie się, że miał przywódczynię zielonych pod nosem. Aki mogła się z nim kłócić i być dla niego wredna ale mimo to go kochała, mimo że on jej raczej nie. W sumie uważała się za tchórza. Nigdy nie powiedziała Izayi co do niego czuje. Bała się, że ją wyśmieje. Przypomniała sobie sytuację kiedy się załamała psychicznie w jego domu. Był wtedy... nawet słodki i miły, ale zapewne też nie myślał wtedy racjonalnie. No i martwił się o nią. Chyba. Przynajmniej była mu potrzebna do zrobienia na złość Kasuce. Była mu potrzebna. Aki westchnęła i łzy popłynęły jej z oczu. Nie żałowała, że umrze. Nawet witała śmierć z uśmiechem, a jednak mimowolnie trochę się bała. Wiele rzeczy w swoim życiu nie zrobiła.
Kaida wszedł jeszcze dwa razy. Za drugim razem pochylił się nad nią z perfidnym uśmiechem i powiedział.

- Twoja ofiara idzie na marne Aki. I tak dopadniemy Dollars. Z Tobą czy bez ciebie są skończeni.

Nie, nie są. Nie mogą być. Shizuo, Celty, Shinra, Mikado, Anri, Hao cały jej gang... pozostałe gangi... Aki widziała ich wszystkich. Dadzą sobie radę. Na końcu w jej myślach pojawił się Izaya. On im na pewno pomoże. Zawsze pomagał choć czasem nie chciał.

- Szarzy opanowali już większość dzielnic Dollars. Za niedługo znajdą twojego szefa. A kolorowi chowają się w domach i liżą rany. Wiesz ilu ich już wybiliśmy? Bardzo dużo. Sądzą, że w dzień nie działamy. Mylą się.

Aki coraz więcej łez wypływało z oczu. Co ona mogła zrobić? Co mogła zrobić?

- Kaida! - Ktos wszedł do pokoju. - Chyba znaleźliśmy dom ich szefa! Jesteś nam potrzebny!

Aki serce prawie się zatrzymało. Mikado... Anri... musiała ich ostrzec. Ale nie miała jak. Kaida uśmiechnął się.

- Widzisz? Mówiłem. Teraz cie tu zostawię. Umrzesz tu sobie. - Zaśmiał się Kaida. - Nie martw się, podrzucę twoje ciało twojemu bratu. Niech chociaż ma tyle.

Zaśmiał się i wyszedł, a Aki płakała dalej. Po jakiejś pół godzinie usłyszała jakieś hałasy na górze, a po chwili usłyszała jak ktoś otwiera drzwi i z chodzi na duł. Czy już załatwili Mikado i Anri? Czy przyszli z nią skończyć bo nie jest im potrzebna? Nie miała nawet siły podnieść głowy żeby zobaczyć kto ją wykończy. Usłyszała jak ktoś przecina liny krępujące jej nogi i nogi. Ktoś przy niej kucnął i usłyszała głos przez który o mało jej serce nie stanęło totalnie.

- A mówiłem Ci żebyś nie opuszczała mojego domu, co nie Aki? - O ile dobrze interpretowała ton jego głosu Izaya był zdenerwowany i zirytowany.
- Izaya. - Szepnęła.
- Mogłabyś mi wyjaśnić co ty tu do diabła robisz? I czemu Cię porwali, hę? - Izaya podniósł ją jakby nic nie ważyła.
- Hehe... jakby Ci to... - Izaya przez przypadek nacisnął na jej rękę. - Ała...
- Oj przepraszam. - Położył ją na chwilę, zdjął bluzkę i porwał ją po czym owinął jej rękę. - Tak chyba będzie lepiej. - Wziął ją z powrotem na ręce.
- Izaya...
- Co?
- Jest dzień czy noc? - Zapytała.
- Popołudnie, koło 15... - Powiedział.
- Mógłbyś zawiązać mi też oczy? Bo mogę je nieźle uszkodzić kiedy... - Zaczęła i zakrztusiła się.
- Oj, racja. - Powiedział. Znowu ją położył i zawiązał oczy resztą bluzki. Po czym ruszył dalej z nią na rękach. - Więc?
- Więc... heh...
- Jesteś przywódczynią zielonych tak?
- Skąd...? - Zdziwiła się.
- Zielone bransoletki, zielona opaska na czole i ramieniu.
- Oj... no tak. Jestem... - Aki ledwo już mówiła.
- Hmm... - Izaya uśmiechnął się. - Powiedzmy, że nie zdziwiło mnie to.
- Gdzie mnie niesiesz?
- Do Shinry, a gdzie indziej, co? - Izaya prawdopodobnie wywrócił oczami.
- No tak... ej!
- Co? - Zapytał Izaya.

Aki czuła, że zaraz zemdleje.

- Mikado i Anri... są... w niebezpieczeństwie. Słyszałam... poszli po nich. Słyszałam.... że znaleźli... dom Mikado. - Aki jęknęła z bólu, nie umiała mówić już prawie.
- Okej, zajmę się tym jak tylko dostarczę Cię do Shinry. - Powiedział Izaya.
- I... zdejmij moje bransoletki oraz opaski... - Aki już szpitala.
- A to czemu? - Zdziwił się Izaya. - Celty i Shinra nie wiedzą, że jesteś zieloną?
- Shinra... wie... Celty... nie wiem czy wie... ale nie o to... - Aki nie umiała się wysłowić. - Nie możesz... zniszczyć mi... reputacji... wynosząc mnie... w cechach... charakterystycznych... dla...
- Okej, okej. - Izaya wywrócił oczami. Zdjął opaski i bransoletki.
- Schowaj... je... - Oczy Aki patrzyły już wewnątrz głowy. - Oddasz mi... potem...
- Okej. - Izaya wyszedł z nią z budynku.
- Daleko... do... Shinry?
- O dziwo nie. - Zaśmiał się Izaya. - Tylko jakieś trzy ulice.
- Oh...

Aki już miała odpłynąć kiedy coś sobie przypomniała.

- A...
- Co znowu?
- Mam prośbę...
- Jeszcze jedną? - Izaya udawał znudzonego.
- Tak... znasz... brata... Kidy-kuna? - Zapytała Aki.
- No... - Zapytał Izaya. - To on Cię doprowadził do takiego stanu?

Aki kiwnęła głową.

- Obiecaj mi... że... skręcisz mu kark. - Powiedziała Aki a zaraz potem zemdlała.
- Masz to jak w banku. - Mruknął Izaya i pognał do Shinry.

***

Mikado i Anri siedzieli w domu, kiedy wpadli do niego Shizuo, Celty, Akai i kilka osób z jego gangu.

- Ej co jest? - Zapytał Mikado.
- Co jest? - Shizuo wywrócił oczami. - Jakieś 50 osób zbliża się tu ulicą i są to szarzy a ty się pytasz co jest?
- E? - Zdziwił się Mikado. - W dzień?
- No najwyraźniej. I chyba skądś się dowiedzieli, że mieszkasz gdzieś tu w okolicy bo sieją totalne spustoszenie w każdym domu.
- Cholera. - Mikado wstał. Kto? Zadawał sobie pytanie. Aki? Ale zaraz odrzucił od siebie tą myśl. Ona by go nigdy nie zdradziła, wolałaby umrzeć.
- Zebrałem kogo się dało. - Wysypał Akai. - Więcej się nie udało. Musimy im się przeciwstawić!
- Chyba nie mamy wyjścia. - Westchnął Mikado.

Razem wyszli z domu Mikado, ten chciał aby Anri została w środku, ale odmówiła a nie mieli czasu się kłócić. Wyszli na ulicę i od razu zauważyli jak szarzy wysypują się się z jednego z domów obok. Kiedy zauważyli grupkę stojącą na ulicy od razu zorientowali się, że to Dollars. Kaida z perfidnym uśmieszkiem podążał na przedzie. Mikado spiął się.

- A więc to twoja robota Kaida? - Warknął. - Ty jesteś dowódcą szarych.
- No co ty. Ja tylko wykonuję rozkazy z góry. - Zaśmiał się Kaida. - Co ty robisz w gangu Mikado-kun? Myślałem, że jesteś tym słodkim i miłym.
- Mało o mnie wiesz. - Warknął Mikado.
- Jak widać. - Kaida uśmiechnął się perfidnie. - Za to Akai-chan... ty to dopiero będziesz zdziwiony jak się dowiesz, że twoja siostrzyczka prawie martwa leży u mnie w piwnicy.
- Co? - Akai cały się spiął.
- Oj to ty nie wiedziałeś, że jest przywódczynią zielonych? - Zapytał Kaida. - Śmieszne. Ty przywódcą niebieskich, ona zielonych i nic nie wiecie.
- Ty ją porwałeś? - Zapytał Mikado.
- Moi ludzie. - Poprawił Kaida.
- Ty ją doprowadziłeś do takiego stanu? - Warknął Akai.
- No, sama tego chciała, skoro nie chciała pisnąć ani słówka. - Zaśmiał się Kaida.
- Ty... - Akai wyciągnął swoje miecze.
- Nie martw się... nie macie szansy jej uratować. Bo nawet nas nie pokonacie. - Uśmiechnął się Kaida.
- Nie zgodzę się z tym. - Z uliczki wyłonił się Izaya. - Mamy wielkie szanse was pokonać, od kiedy ja tu jestem.

Wszyscy na niego spojrzeli. Jego oczy ciskały pioruny jak nigdy. Te oczy potrafiły zabijać.

środa, 12 września 2012

Rozdział XII

Na początku na prawdę przepraszam za brak sumienności ale nawaliło mi się kilka rzeczy na raz i nie miałam czasu na siedzenie na komputerze : ) Mam nadzieję, że mi wybaczycie ale w moim życiu zaszło kilka zmian a do tego jeszcze przygotowanie do matury ; / ... no dobra nie zanudzam kolejny rozdział dla was : )

***

Aki ponownie się wybudziła. W ustach czuła gorzki posmak środków nasenny no i ktoś zwilżył jej usta wodą aby nie za chrypnęła. A od strony fizycznej jej ciało było wrakiem. Ekstra. Aki nadal nie wiedziała która jest godzina, ani jaka pora dnia. Nie wiedziała ile już tu siedzi, ale jej brzuch mówił, że długo. Podniosła wzrok. Przed nią siedział Kaida i przyglądał jej się.

- Jesteś taką ładną dziewczynką, po co marnujesz się w jakimś gangu, co? - Zapytał Kaida. - A może przeszłabyś do naszego, co? Wystarczy, że udzielisz mi odpowiedzi na moje pytania. No dalej Aki-chan, nie są takie trudne na pewno znasz odpowiedzi. Kto jest liderem Dollars? Kto mu pomaga i imiona wszystkich znanych ci członków gangów. No Aki.
- Kurde... - Mruknęła. - A jednak nie złamałeś karku.
- No co ty jestem za dobry na złamanie karku. - Kaida zaśmiał się, a Aki poprzysięgła sobie w duchu, że jeżeli się stąd jakoś wydostanie dopilnuje aby ktoś mu złamał kark. Albo sama to zrobi. - No to co Aki-chan, zaczniesz współpracować?
- Pierdol się.
- Oj, nie taką odpowiedź chciałem. Ale muszę Cię pochwalić. Mamy cię już tu prawie 40 godzin i nic nie wysypałaś. Brawo. - Zaśmiał się Kaida. - Zobaczymy ile jeszcze wytrzymasz.

Czterdzieści godzin... czyli było po dwunastej w południe. Izaya mnie zbije, nie byłam w pracy. A w sumie, chyba od czasu do czasu mogę do niej nie przyjść. Kaida kucnął przy niej i chwycił jej ręce.

- Zobaczymy za ile zaczniesz mówić, kiedy będziesz czuła jak życie z Ciebie ucieka, Aki-chan. - Kaida wyciągnął nóż i zrobił dość głębokie nacięcie w jej nadgarstku.

Aki sapnęła z bólu i zaraz pociekła krew. Musiała przyznać, że Kaida znał się na rzeczy. Nacięcie pozwalało krwi wypływać powoli, jednak było dość moce aby samo się nie zamknęło. Kaida uśmiechnął się.

- Jest... pierwsza po południu. Jeżeli krew będzie spływać w tym tempie... zostało Ci jakieś osiem godzin życia. - Powiedział. - Choć może mniej. Przyjdę za pół godziny. I będę przychodził co pół godziny gdybyś chciała się uratować... wystarczy odpowiedzieć na moje pytania Aki-chan.

Kaida odwrócił się i wyszedł. Aki westchnęła.

- Osiem godzin ta? - Mruknęła patrząc na wypływającą krew i poczuła, zawroty głowy. - No takiej śmierci to sobie nigdy nie wyobrażałam.

***

Satoshi gdy tylko skończył rozmowę na czacie ubrał się i wyszedł z domu. Ruszył do szpitala. Kiedy przyszedł Neru spała. Usiadł koło niej i oparł głowę na stoliku do kawy patrząc na nią. Opadł całkowicie z sił. Nic nie szło po ich myśli. A jemu już się nic nie chciało. To miała być szybka akcja. Dwa dni maksimum i mieli rozwalić szarych bez problemu. Jak mogli dopuścić do czegoś takiego? Satoshi powoli zasypiał na stoliku, kiedy Neru się ocknęła. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.

- Ciężka noc?
- Ta. - Westchnął. - Za ciężka.
- To chodź tu i połóż się koło mnie. - Neru uśmiechnęła się.

Satoshi prawdopodobnie w innych okolicznościach nie zgodził by się na taka propozycję bo w końcu byli w szpitalu no i każdy mógł to zobaczyć, a wolał się nie tłumaczyć pielęgniarką. Jednak w tym momencie używał podobnej ilości komórek mózgowych co zombie, więc bez słowa podszedł do łóżka i przytulił się do Neru. Ta uśmiechnęła się i pogłaskała go po głowie.

- No to powiedz mi, co Cię trapi? - Satoshi walczył przez chwilę sam ze sobą, w końcu nie wytrzymał. W końcu każdy ma prawo wygadać się co mu ciąży na sercu, nie?
- Jest źle. Jest bardzo źle. Jakaś jedna piąta całych Dollars została zabita. Kolejne dwie piąte są ciężko ranne. A na dodatek porwali dowódcę gangu zielonych. Mikado nie wie co robić. A ponad to... - Satoshiemu głos się załamał. - A ponad to, Izaya który mógłby pomóc nie wiadomo gdzie jest i co robi. A ja... ja już szczerze mam dość.
- Cii... - Neru zaczęła go uspokajać. - Cii, nie martw się. Wszytko będzie dobrze.
- Nie będzie. Wszyscy mają dość. Nie jestem odosobniony w swoich odczuciach, Neru.
- Cii... musisz się uspokoić i przespać chodź chwilę. Jesteś wykończony. Nie możesz w takim stanie iść dalej walczyć, bo zabiją cię w ciągu jakiś... trzech pierwszych minut?
- I tak dziś w nocy nie walczymy. Mikado musi to przemyśleć. - Satoshi wtulił głowę w ubranie Neru. - Nie ma planu. Nie wie co robić, a reszta też bardziej pomysłowa nie jest. Kiedy zawodził Mikado zawsze Zielona miała jakieś pomysły. A kiedy jej się kończyły zawsze był jeszcze Izaya. A teraz nie ma ostatniej dwójki. Naprawdę Zielonej nie lubię, ale łeb ma, to trzeba jej przyznać. Z Izayą to samo. Ja sam chyba nic też nie wymyślę. Kida... nie ma co na nim polegać. Czerwoni też nigdy raczej pomysłów nie mają. Czarny zawsze słucha się tylko Mikado, nigdy nie myśli sam. Niebieski... jedyne co potrafi to atak frontowy. Z resztą Czarny to samo. Pomarańczowy... chyba jest za bardzo roztrzepany na jakiś konkretny pomysł. Celty też nie potrafi nic wymyślić. Shinra... nawet jakby miał czas nic by nie wymyślił. A o reszcie nawet nie wspominam.
- Cii. - Neru przytuliła go mocniej. - Zaśnij. Przestań na chwilę się zadręczać i zaśnij.

I Satoshi jej posłuchał. Już po chwili spał. Neru pocałowała go w czoło i westchnęła.

- No i co ja mam niby na to poradzić? - Mruknęła. Po chwili ona też spała.

***

Akai leżał w łóżku. Nie obchodziło go nawet, że jego siostry nie ma w domu. Pewnie jest w robocie u Izayi. W sumie to lepiej że jej nie ma. Nie musi się tłumaczyć, ani nic. Przemycił do łóżka PSP i zamiast posłuchać Shinry zaczął grać. W końcu sam nie wiedział kiedy zasnął.

***

Maki siedziała w kuchni i lustrowała brata wzrokiem starając się nie powiedzieć mu wszystkiego co o nim myśli. Wolała w ogóle się nie odzywać, aby nie wywołać kłótni. Zaki widział jej krytyczne spojrzenie, ale też nic nie mówił. Wypił herbatę i bez słowa udał się do swojego pokoju. Maki weszła do niego chwilę później. Zaki spojrzał na nią.

- Co chcesz?

Maki bez słowa podeszła do jego łóżka, odepchnęła go taż że wylądował na krańcu łóżka i położyła się koło niego.

- O co ci chodzi? - Zapytał Zaki.
- Zamknij się. Nie chcesz ze mną pogadać i powiedzieć mi co się stało, to mam zamiar w ten sposób pokazać Ci że jesteś moim bratem i się martwię. - Warknęła Maki odwrócona do niego plecami i przytulona do poduszki.
- Maki. - Westchnął Zaki. - Nie powinnaś się w to mieszać.
- No to się nie mieszam. - Warknęła. - A teraz idź spać.

Zaki westchnął, odwrócił się do niej plecami i zasnął, a ona zaraz po nim.

***

Kida leżał w łóżku i obserwował jak Saki łazi do koła niego, to do kuchni to do salonu i tak w kółko. W końcu zaczęło go to irytować, więc kiedy po raz setny pochyliła się, aby sprawdzić czy nie ma gorączki, chwycił ją za rękę i pociągnął na siebie.

- Ej! - Zaprotestowała.
- Mam tylko skręconą kostkę, maniaczko. A nie jestem obłożnie chory.
- Ale...
- Bądź już cicho i się koło mnie połóż. Pomoże mi to bardziej niż te wszystkie leki.
- Kida-kun. - Westchnęła Saki i przytuliła się do niego.
- No od razu lepiej. - Uśmiechnął się. - Jesteś najlepszym lekarstwem jakie znam.
- Dziękuję. - Szepnęła zaróżowiona i po chwili obydwoje spali.

***

Mikado leżał z Anri w łóżku. Rozmawiali przyciszonymi głosami.

- I co ja mam teraz zrobić? - Mruknął Mikado.
- Nic. - Szepnęła Anri. - Nic nie możesz zrobić na ten moment. Teraz to możesz iść spać.
- Aki gdzieś uwieziona, Dollars coraz bardziej osłabieni... A co jeżeli Aki już nie żyje?
- Nie mów tak.
- Ale to nie jest niemożliwe.
- Ale ona jest za twarda żeby umrzeć.
- Być może... ale Ci szarzy też są twardzi.
- Co racja to racja.

Mikado westchnął a Anri po chwili usłyszała, że chrapie. Uśmiechnęła się, pocałowała go w policzek i też zasnęła.

sobota, 1 września 2012

Rozdział XI

Aki obudziła się. Cholernie bolał ją brzuch, na dodatek twarz i czuła w krwi coś czego czuć nie powinna. Przejechała językiem po ustach, które miała rozcięte i było na nich sporo krwi. Kuźwa chyba jakieś środki odurzające. Pomyślała. Zajebiście. Nie potrafiła się nawet poruszyć. Miała zwiotczałe mięśnie. Na dodatek przypomniała sobie że jeszcze nic nie jadła od dwóch dni, a do anorektyczek to ona nie należała. Zajebiście, mogłam coś zakosić Izayi z lodówki zanim zwiałam. W sumie, ciekawe czy on już zauważył zniknięcie skutera? Najpewniej tak. 
Była sama. Nie pamiętała kiedy Kaida wyszedł, ani kiedy zemdlała. Nie pamiętała też tych środków. A nie... pamiętała. Wstrzyknął jej je strzykawką. Aż dziwne, że nie wygadała wszystkiego kiedy zbliżał się do niej z igłą. Czego jak czego ale igieł bała się paskudnie. Zastanawiała się która jest godzina. Pewnie zbliżał się wieczór? A może już była noc? Miała w głowie dziury no i ból nie pozwalał jej się skupić. Ktoś wszedł do pokoju. Właściwie było jej wszytko jedno. Mogli ją dalej torturować, miała to gdzieś. Mogli ją zabić i tak nic im nie powie.

- No obudziłaś się Aki-chan. Jednak nie mogę teraz z tobą rozmawiać już prawie noc. - Kaida uśmiechnął się perfidnie. - Musimy iść załatwić wasze gangi.
- Połamcie karki. - Warknęła Aki.
- Oj nie bądź taka. W pewnym sensie jesteśmy Ci dobrzy. W końcu co to za prawo, aby kolorowi rządzili? - Kaida podszedł do niej z kolejną strzykawką i wstrzyknął jej dawkę środków usypiających.
- Wszyscy jesteśmy Ci źli Kaida. Po prostu każdy ma swój punkt widzenia.
- Co racja, to racja. Widzimy się jak wrócę. Słodkich snów mała.
- Złam kark. - Powtórzyła cicho a on wyszedł.

Aki ponownie zasnęła.

***

Walki nadal były zacięte. Mimo iż szarych już nie było w kolorowych gangach, to i tak było ciężko. Wszyscy dawali z siebie wszytko, ale i tak z nastaniem dnia nie pozbyli się wszystkich. Opadali już z sił. Satoshi miał kilka ran ciętych na klatce piersiowej i policzku. Kida miał skręconą kostkę, Tatiana i Maki obyły się bez ran ale też były zmęczone. Akai miał kilkanaście siniaków w tym porządną śliwę pod okiem. Zaki cały chodził w bandażach. Shinra latał od domu do domu i klął na wszystkich ile mógł, albo na ile mu pozwalała Celty. Wsadził praktycznie wszystkich poturbowanych do łóżek siłą i zakazał wychodzić. O godzinie 12 szefowie spotkali się na czacie.

B: Jest źle. Straciłem przez te dwie noce co najmniej połowę ludzi. Jakaś jedna trzecia z nich nie żyje reszta leży po szpitalach. Policja zaczęła się tym interesować.
P: U mnie jedna dziesiąta zabitych, trzy dziesiąte rannych.
N: U mnie chyba jakoś podobnie. Czekajcie... aaa no tak, 70 osób na 193 niezdolnych do walki, w tym 13 zabitych. W sumie nie tak źle.
Cze: U nas jest chyba najlepiej. Trzy zabite, 36 rannych, 157 nadal zdolnych do walki.
Cza: Siedem osób zabitych, 76 rannych, 110 zdolnych do walki.
ZSZ: U nas chyba najgorzej. 56 osób zabitych, 78 osób rannych co daje 78 osób zdolnych do walki. I ani śladu szefowej.
Ż: 17 zabitych, 67 rannych, reszta zdolni o walki, a jest nas 238 osób.
L: Bez kolorowi są bez szwanku, może kilku rannych.
Cza: Szefie ta strategia nie daje nam szans na wygraną. Atakują nas z ukrycia. Co my możemy w takim wypadku zrobić?
B: Zgadzam się. Poza tym porwali nam zieloną. Nie lubię jej, jednak spadły nam przez to morale.
L: A po Izayi jak na razie też ślad zaginął. Odpocznijcie. Wrócimy do tej rozmowy o 19, bo mnie też siłą już ciągną do łóżka.
N: Jasne, pozdrów Shinrę. Pa.
B: Nq.
P: Na razie.
Cze: Pa.
Cza: Nq.
ZSZ: Na razie.
Ż: Nq.
Mikado westchnął. Posłuchał krzyczanego mu nad uchem Shinry i udał się do łóżka. Położył się i zaczął myśleć. Wybrał numer do Izayi.

- Tu Izaya! Nie ma mnie, albo nie mam dla Ciebie czasu! Jeśli łaska zostaw wiadomość a jak nie to na pewno nie oddzwonię! - I włączył się sygnał do nagrania wiadomości.

Mikado westchnął i wyłączył rozmowę.

- Kurde potrzebuje Cię jak nigdy Izaya a Ciebie nie ma. - Westchnął Mikado. - Gdzie do cholery ty jesteś? Co ty byś zrobił w mojej sytuacji, co?