Aki była na skraju zemdlenia. Kaida
jak powiedział przychodził co pół godziny i obliczyła, że
zostało jej jakieś cztery godziny życia. Była z siebie dumna, że
jeszcze nie zemdlała, a tym bardziej że jeszcze nic im nie
powiedziała. Straciła już wiarę na ratunek więc trzymała się
jednej myśli, która pozwalała jej jeszcze funkcjonować: zabiorę
ze sobą wszystkie informacje do piachu. Może nie było to za bardzo
podnoszące na duchu, ale dawało jej w jakiś sposób kopa. Po
drugie satysfakcjonowało ją to, że jak umrze to Kasuka nie dopnie
swego. To też dawało jej siły. Martwiła się co stanie się z
Akaim. Ale Shizuo na pewno się nim zajmie. Czy Mikado ujawni Izayi,
że była zieloną? Chyba byłoby to nawet pocieszające, żeby się
dowiedział. Już sobie wyobrażała jaką minę zrobi kiedy dowie
się, że miał przywódczynię zielonych pod nosem. Aki mogła się
z nim kłócić i być dla niego wredna ale mimo to go kochała, mimo
że on jej raczej nie. W sumie uważała się za tchórza. Nigdy nie
powiedziała Izayi co do niego czuje. Bała się, że ją wyśmieje.
Przypomniała sobie sytuację kiedy się załamała psychicznie w
jego domu. Był wtedy... nawet słodki i miły, ale zapewne też nie
myślał wtedy racjonalnie. No i martwił się o nią. Chyba.
Przynajmniej była mu potrzebna do zrobienia na złość Kasuce. Była
mu potrzebna. Aki westchnęła i łzy popłynęły jej z oczu. Nie
żałowała, że umrze. Nawet witała śmierć z uśmiechem, a jednak
mimowolnie trochę się bała. Wiele rzeczy w swoim życiu nie
zrobiła.
Kaida wszedł jeszcze dwa razy. Za
drugim razem pochylił się nad nią z perfidnym uśmiechem i
powiedział.
- Twoja ofiara idzie na marne Aki. I
tak dopadniemy Dollars. Z Tobą czy bez ciebie są skończeni.
Nie, nie są. Nie mogą być. Shizuo,
Celty, Shinra, Mikado, Anri, Hao cały jej gang... pozostałe
gangi... Aki widziała ich wszystkich. Dadzą sobie radę. Na końcu
w jej myślach pojawił się Izaya. On im na pewno pomoże. Zawsze
pomagał choć czasem nie chciał.
- Szarzy opanowali już większość
dzielnic Dollars. Za niedługo znajdą twojego szefa. A kolorowi
chowają się w domach i liżą rany. Wiesz ilu ich już wybiliśmy?
Bardzo dużo. Sądzą, że w dzień nie działamy. Mylą się.
Aki coraz więcej łez wypływało z
oczu. Co ona mogła zrobić? Co mogła zrobić?
- Kaida! - Ktos wszedł do pokoju. -
Chyba znaleźliśmy dom ich szefa! Jesteś nam potrzebny!
Aki serce prawie się zatrzymało.
Mikado... Anri... musiała ich ostrzec. Ale nie miała jak. Kaida
uśmiechnął się.
- Widzisz? Mówiłem. Teraz cie tu
zostawię. Umrzesz tu sobie. - Zaśmiał się Kaida. - Nie martw się,
podrzucę twoje ciało twojemu bratu. Niech chociaż ma tyle.
Zaśmiał się i wyszedł, a Aki
płakała dalej. Po jakiejś pół godzinie usłyszała jakieś
hałasy na górze, a po chwili usłyszała jak ktoś otwiera drzwi i
z chodzi na duł. Czy już załatwili Mikado i Anri? Czy przyszli z
nią skończyć bo nie jest im potrzebna? Nie miała nawet siły
podnieść głowy żeby zobaczyć kto ją wykończy. Usłyszała jak
ktoś przecina liny krępujące jej nogi i nogi. Ktoś przy niej
kucnął i usłyszała głos przez który o mało jej serce nie
stanęło totalnie.
- A mówiłem Ci żebyś nie opuszczała
mojego domu, co nie Aki? - O ile dobrze interpretowała ton jego
głosu Izaya był zdenerwowany i zirytowany.
- Izaya. - Szepnęła.
- Mogłabyś mi wyjaśnić co ty tu do
diabła robisz? I czemu Cię porwali, hę? - Izaya podniósł ją
jakby nic nie ważyła.
- Hehe... jakby Ci to... - Izaya przez
przypadek nacisnął na jej rękę. - Ała...
- Oj przepraszam. - Położył ją na
chwilę, zdjął bluzkę i porwał ją po czym owinął jej rękę. -
Tak chyba będzie lepiej. - Wziął ją z powrotem na ręce.
- Izaya...
- Co?
- Jest dzień czy noc? - Zapytała.
- Popołudnie, koło 15... -
Powiedział.
- Mógłbyś zawiązać mi też oczy?
Bo mogę je nieźle uszkodzić kiedy... - Zaczęła i zakrztusiła
się.
- Oj, racja. - Powiedział. Znowu ją
położył i zawiązał oczy resztą bluzki. Po czym ruszył dalej z
nią na rękach. - Więc?
- Więc... heh...
- Jesteś przywódczynią zielonych
tak?
- Skąd...? - Zdziwiła się.
- Zielone bransoletki, zielona opaska
na czole i ramieniu.
- Oj... no tak. Jestem... - Aki ledwo
już mówiła.
- Hmm... - Izaya uśmiechnął się. -
Powiedzmy, że nie zdziwiło mnie to.
- Gdzie mnie niesiesz?
- Do Shinry, a gdzie indziej, co? -
Izaya prawdopodobnie wywrócił oczami.
- No tak... ej!
- Co? - Zapytał Izaya.
Aki czuła, że zaraz zemdleje.
- Mikado i Anri... są... w
niebezpieczeństwie. Słyszałam... poszli po nich. Słyszałam....
że znaleźli... dom Mikado. - Aki jęknęła z bólu, nie umiała
mówić już prawie.
- Okej, zajmę się tym jak tylko
dostarczę Cię do Shinry. - Powiedział Izaya.
- I... zdejmij moje bransoletki oraz
opaski... - Aki już szpitala.
- A to czemu? - Zdziwił się Izaya. -
Celty i Shinra nie wiedzą, że jesteś zieloną?
- Shinra... wie... Celty... nie wiem
czy wie... ale nie o to... - Aki nie umiała się wysłowić. - Nie
możesz... zniszczyć mi... reputacji... wynosząc mnie... w
cechach... charakterystycznych... dla...
- Okej, okej. - Izaya wywrócił
oczami. Zdjął opaski i bransoletki.
- Schowaj... je... - Oczy Aki patrzyły
już wewnątrz głowy. - Oddasz mi... potem...
- Okej. - Izaya wyszedł z nią z
budynku.
- Daleko... do... Shinry?
- O dziwo nie. - Zaśmiał się Izaya.
- Tylko jakieś trzy ulice.
- Oh...
Aki już miała odpłynąć kiedy coś
sobie przypomniała.
- A...
- Co znowu?
- Mam prośbę...
- Jeszcze jedną? - Izaya udawał
znudzonego.
- Tak... znasz... brata... Kidy-kuna? -
Zapytała Aki.
- No... - Zapytał Izaya. - To on Cię
doprowadził do takiego stanu?
Aki kiwnęła głową.
- Obiecaj mi... że... skręcisz mu
kark. - Powiedziała Aki a zaraz potem zemdlała.
- Masz to jak w banku. - Mruknął
Izaya i pognał do Shinry.
***
Mikado i Anri siedzieli w domu, kiedy
wpadli do niego Shizuo, Celty, Akai i kilka osób z jego gangu.
- Ej co jest? - Zapytał Mikado.
- Co jest? - Shizuo wywrócił oczami.
- Jakieś 50 osób zbliża się tu ulicą i są to szarzy a ty się
pytasz co jest?
- E? - Zdziwił się Mikado. - W dzień?
- No najwyraźniej. I chyba skądś się
dowiedzieli, że mieszkasz gdzieś tu w okolicy bo sieją totalne
spustoszenie w każdym domu.
- Cholera. - Mikado wstał. Kto?
Zadawał sobie pytanie. Aki? Ale zaraz odrzucił od siebie tą myśl.
Ona by go nigdy nie zdradziła, wolałaby umrzeć.
- Zebrałem kogo się dało. - Wysypał
Akai. - Więcej się nie udało. Musimy im się przeciwstawić!
- Chyba nie mamy wyjścia. - Westchnął
Mikado.
Razem wyszli z domu Mikado, ten chciał
aby Anri została w środku, ale odmówiła a nie mieli czasu się
kłócić. Wyszli na ulicę i od razu zauważyli jak szarzy wysypują
się się z jednego z domów obok. Kiedy zauważyli grupkę stojącą
na ulicy od razu zorientowali się, że to Dollars. Kaida z perfidnym
uśmieszkiem podążał na przedzie. Mikado spiął się.
- A więc to twoja robota Kaida? -
Warknął. - Ty jesteś dowódcą szarych.
- No co ty. Ja tylko wykonuję rozkazy
z góry. - Zaśmiał się Kaida. - Co ty robisz w gangu Mikado-kun?
Myślałem, że jesteś tym słodkim i miłym.
- Mało o mnie wiesz. - Warknął
Mikado.
- Jak widać. - Kaida uśmiechnął się
perfidnie. - Za to Akai-chan... ty to dopiero będziesz zdziwiony jak
się dowiesz, że twoja siostrzyczka prawie martwa leży u mnie w
piwnicy.
- Co? - Akai cały się spiął.
- Oj to ty nie wiedziałeś, że jest
przywódczynią zielonych? - Zapytał Kaida. - Śmieszne. Ty
przywódcą niebieskich, ona zielonych i nic nie wiecie.
- Ty ją porwałeś? - Zapytał Mikado.
- Moi ludzie. - Poprawił Kaida.
- Ty ją doprowadziłeś do takiego
stanu? - Warknął Akai.
- No, sama tego chciała, skoro nie
chciała pisnąć ani słówka. - Zaśmiał się Kaida.
- Ty... - Akai wyciągnął swoje
miecze.
- Nie martw się... nie macie szansy
jej uratować. Bo nawet nas nie pokonacie. - Uśmiechnął się
Kaida.
- Nie zgodzę się z tym. - Z uliczki
wyłonił się Izaya. - Mamy wielkie szanse was pokonać, od kiedy ja
tu jestem.
Wszyscy na niego spojrzeli. Jego oczy
ciskały pioruny jak nigdy. Te oczy potrafiły zabijać.